Dziś post porównawczy klasyka Yves Saint Laurent.
Mam prawdziwą perełkę - Y w wersji splash bez atomizera. Kod wypiaskowany S1043. Nie mam pojęcia, z którego jest roku. Obstawiam lata 90-te.
Wygląd obu flakonów jest zupełnie inny.
Y jest ciosany, toporny i ma autentycznie tandentny biały korek ze złotymi krawędziami. Wizualnie nie zachęca. Brak atomizera przy takiej mocy zapachu dodatkowo może niepokoić, czyż nie problemem byłoby będąc nieostrożnym wylać zawartość takiego mocarza a nie delikatnych kompocikowych perfum?
Obchodzę się z nim z należytą ostrożnością.
Nowe Y w wersji La Collection wygląda dużo łagodniej. Cała seria jest utrzymana w kolorystyce kremowej, kształty są nadal kanciaste a perfumy są widoczne tylko przy spodzie flakonu.
Tyle o pierwszym wrażeniu.
A zawartość?
Perfumy dzieli przynajmniej z 20 lat.
I pewnie, choć to przewrotne, mimo wielu reformulacji, które po drodze się przydarzyły, nie dzieli je z pozoru nic.
Splash Y po odkręceniu korka autentycznie szczypie w oczy. Możecie to sobie wyobrazić? :La Collection nie szczypie bo nie ma jak przez cienką jak igiełka dziurkę w atomizerze.
Aplikacja o godz. 20.00.
Y powala i wibruje, La Collection leży gładko. Po kilkunastu minutach wersja vintage łagodnieje i ociepla się a nowa wersja niestety zaczyna emanować chemiczną nutą.
Trzy godziny później Y Vintage pozostaje bliskoskórny, nowy Y ciągnie się gładką i syntetyczną smugą.
Które lepsze?
Zdecydowanie oba są straszne!
Ale gdybym miała wybrać, to wolałabym układać się ze starą wersją. Lepsza jakość i klasa. Bardziej do noszenia.
Poza tym autentycznie klasyk z 1964 r. powala składem, nie jestem w stanie wyłuskać pojedynczych nut, ale na dla mnie to irys do entej potęgi. A z irysem nie było mi do tej pory po drodze.
Podsumowując - Y nie jest dla mnie. Ale je doceniam - są bardzo charakterystyczne i są " jakieś". Inaczej bym o nich nie napisała. Chętnie poznam osobę, która lubi i umie je nosić na co dzień.
Na deser reklamy Y z dawnych lat.
Y - rok powstania 1964
Nos: Jean Amic - twórca klasyka Opium
nuty zapachowe:
nuty głowy - aldehydy, wiciokrzew, gardenia, nuty zielone, brzoskwinia, śliwka, galbanum
nuty serca - tuberoza, korzeń irysa, jaśmin, hiacynt, ylang-ylang, róża bułgarska
nuty bazy - drzewo sandałowe, ambra, paczula, benzoin, cywet, mech dębowy, wetywer i styrax.
La Collection Y by YSL - rok powstania 2011
nuty zapachowe:
nuty głowy - bergamotka, przyprawy
nuty serca - różowy pieprz, białe kwiaty i irys
nuty bazy - paczula, mech dębowy
Ubogo w porównaniu z klasykiem, prawda?
Kolejny raz sprawdza się stara reguła i będę ją powtarzać do znudzenia, jeśli szukasz ciekawszego zapachu, rozglądnij się za starą wersją. Niemal zawsze - im starsze, tym lepsze.
Mam prawdziwą perełkę - Y w wersji splash bez atomizera. Kod wypiaskowany S1043. Nie mam pojęcia, z którego jest roku. Obstawiam lata 90-te.
Wygląd obu flakonów jest zupełnie inny.
Y jest ciosany, toporny i ma autentycznie tandentny biały korek ze złotymi krawędziami. Wizualnie nie zachęca. Brak atomizera przy takiej mocy zapachu dodatkowo może niepokoić, czyż nie problemem byłoby będąc nieostrożnym wylać zawartość takiego mocarza a nie delikatnych kompocikowych perfum?
Obchodzę się z nim z należytą ostrożnością.
Nowe Y w wersji La Collection wygląda dużo łagodniej. Cała seria jest utrzymana w kolorystyce kremowej, kształty są nadal kanciaste a perfumy są widoczne tylko przy spodzie flakonu.
Tyle o pierwszym wrażeniu.
A zawartość?
Perfumy dzieli przynajmniej z 20 lat.
I pewnie, choć to przewrotne, mimo wielu reformulacji, które po drodze się przydarzyły, nie dzieli je z pozoru nic.
Splash Y po odkręceniu korka autentycznie szczypie w oczy. Możecie to sobie wyobrazić? :La Collection nie szczypie bo nie ma jak przez cienką jak igiełka dziurkę w atomizerze.
Aplikacja o godz. 20.00.
Y powala i wibruje, La Collection leży gładko. Po kilkunastu minutach wersja vintage łagodnieje i ociepla się a nowa wersja niestety zaczyna emanować chemiczną nutą.
Trzy godziny później Y Vintage pozostaje bliskoskórny, nowy Y ciągnie się gładką i syntetyczną smugą.
Które lepsze?
Zdecydowanie oba są straszne!
Ale gdybym miała wybrać, to wolałabym układać się ze starą wersją. Lepsza jakość i klasa. Bardziej do noszenia.
Poza tym autentycznie klasyk z 1964 r. powala składem, nie jestem w stanie wyłuskać pojedynczych nut, ale na dla mnie to irys do entej potęgi. A z irysem nie było mi do tej pory po drodze.
Podsumowując - Y nie jest dla mnie. Ale je doceniam - są bardzo charakterystyczne i są " jakieś". Inaczej bym o nich nie napisała. Chętnie poznam osobę, która lubi i umie je nosić na co dzień.
Na deser reklamy Y z dawnych lat.
Y - rok powstania 1964
Nos: Jean Amic - twórca klasyka Opium
nuty zapachowe:
nuty głowy - aldehydy, wiciokrzew, gardenia, nuty zielone, brzoskwinia, śliwka, galbanum
nuty serca - tuberoza, korzeń irysa, jaśmin, hiacynt, ylang-ylang, róża bułgarska
nuty bazy - drzewo sandałowe, ambra, paczula, benzoin, cywet, mech dębowy, wetywer i styrax.
La Collection Y by YSL - rok powstania 2011
nuty zapachowe:
nuty głowy - bergamotka, przyprawy
nuty serca - różowy pieprz, białe kwiaty i irys
nuty bazy - paczula, mech dębowy
Ubogo w porównaniu z klasykiem, prawda?
Kolejny raz sprawdza się stara reguła i będę ją powtarzać do znudzenia, jeśli szukasz ciekawszego zapachu, rozglądnij się za starą wersją. Niemal zawsze - im starsze, tym lepsze.




